Mój miesiąc październik 2017. Lublin po dwóch i pół roku od wyjazdu do Wielkiej Brytanii, czyli za czym tęskni się na emigracji, a za czym nie.

22:12:00


Witajcie Kochani!

                Październikowe podsumowanie miesiąca jest dla mie wpisem wyjątkowym i bardzo sentymentalnym. W zeszłym miesiącu miałam okazjię gościć chwilkę w moim rodzinnym mieście Lublinie po prawie 2,5 roku od czasu wyjazdu do Wielkiej Brytanii. Lublin zaskoczył mnie ogromnie i bardzo wzruszył. Nawet w październiku okazał się miejscem w którym przyjemnie spędza się urlop, odpoczywa, a także można o siebie zadbać i zrelaksować się. Tu po prostu czas płynie wolniej. W tym podsumowaniu miesiąca trochę więc o tym, co lubię w Polsce i o tym, za czym wcale nie tęsknie. Serdecznie zapraszam na wpis.
Źródło zdjęcia:pixabay


1.       Poczucie bycia u siebie i język polski.

Nie mogłabym zacząć tego wpisu inaczej. To za czym tęsknie najbardziej to poczucie bycia u siebie, w swoim kraju. Co prawda Wielka Brytania jest teraz moim drugim domem i naprawdę czuje się tam dobrze. Nic jednak nie zastąpi miejsca w którym się urodziłam, wychowałam, mam przyjaciół, rodzinę, dom. Podobnie z językiem polskim. Możliwość usłyszenia rodzimego języka w każdym sklepie, restauracji, kawiarni ...i dogadania się bez problemów czy językowych pomyłek jest bardzo przyjemna. Nie wspominam już o tym co może zdziałać szczera rozmowa z przyjaciółmi bądź rodziną przy kawie, obiedzie, gdzie bez zbędnej gimnastyki języka można opowiedzieć o swoich uczuciach, bądź problemach.   

2.       Widoczny na każdym niemal kroku rozwój, postęp i nowoczesność. 
         
Lublin, zmiany, zmiany, zmiany...Pierwszym co rzuciło mi się w oczy po przyjeździe do mojego miasta były liczne zmiany jakie zaszły w ciągu tych 2,5 roku od mojego wyjazdu. Nawet nie jestem w satnie policzyć jak wiele powstało nowych bloków mieszkalnych, ba nawet całe, nowoczesne osiedla. Zawuażyłam, że powstały nowe drogi, zaś część tych starszych jest w remoncie. Osiedla wypiękniały. Dawne szare bloki przybrały kolorowe barwy, nowo wyremontowane klatki, pomalowane altanki śmietnikowe, zadbana zieleń miejska. Odmieniło się serce naszego miasta. Przebudowana fontanna na Placu Litewskim zachwyca pięknym designem i niesamowitymi illuminacjami. Zachwicił mnie także odnowiony basen, a właściwie już aqua park MOSIR.  Lubelskie galerie handlowe emanują nowoczesnością i przepychem, jest ich także coraz więcej. Mieszkańcy miasta mają także do wyboru liczne i bardzo nowoczesne kluby fitness, baseny czy kina. Generalnie niemal na każdym kroku widać, że miasto rozwija się i idzie do przodu w szaleńczym tempie. Muszę przyznać, że z ogromną przyjemnością podziwiam jak zmierza (albo wręcz galopuje) w tak dobrym i fajnym kierunku.

3.     Miejsca do których wybrać można się także po południu.

W Wielkiej Brytanii czas płynie bardzo szybko. Tydzień od poniedziałku do piątku to na przemian praca-dom, dom-praca. Szansa na jakąś rozrywkę po pracy (może z wyjątkiem pubu czy siłowni) jest niewielka, bo większość miejsc jest zamykanych już ok. godz. 17, a wieczorami centrum miasta jest zupełnie opustoszałe (oczywiście mówię o małej miejscowości w której mieszkam i jej podobnych, w Londynie, Manchesterze, Glasgow itp. jest zapewne inaczej).  W Polsce nie ma problemu żeby po pracy wybrać się na mały shopping, do kina, kosmetyczki, fryzjera, czy żeby coś przekąsić, a wieczorami miasto tętni życiem.
Źródło zdjęcia:pixabay

Źródło zdjęcia:pixabay

4.      
Polskie marki, zakupy on-line i kurierzy.

To czego ogromnie brakuje mi na emigracji to polskie marki począwszy od kosmetyków, po przez ubrania na butach i torebkach kończąc. Odwiedzając sklepy odzieżowe i obuwnicze byłam pod wielkim wrażeniem tego jak piękną odzież, obuwie i  torebki można dostać w butikach. Polscy producenci nie pozostają w tyle jeśli chodzi o trendy i...ceny.  Zauważyłam, że te ostatnie poszybowały w górę przez te 2,5 roku i... są wysokie, a właściwie niewiele odbiegają od tych angielskich.  Szczerze mówiąc wiele rzeczy mogę kupić taniej w Wielkiej Brytanii, co było dla mnie sporym zaskoczeniem.
Źródło zdjęcia:pixabay

Źródło zdjęcia:pixabay

Ogromnie, pozytywnie jestem zaskoczona obsługą sklepów, zarówno tych stacjonarnych jak i internetowych. W naszym rodzinnym kraju konsumentka czuje się prawdziwie rozpieszczona i kompleksowo doradzona. Ekspedientki z uśmiechem na ustach służą kompetentnymi radami. Pomagają w wyborze rozmiarów, fasonów, dodatków.Cierpliwie patrzą na kolejne przymiarki, prośby o inne kolory, bądź rozmiary. Asystują w przebieralni, służą pomocą i dobrą rady. Do obsługi angielskiej, która czasem robi łaskę, że w ogóle jest w sklepie, albo potrafi zamknąc nam drzwi butiku godzinę przed czasem, nie ma nawet porównania. No i jeszcze możliwość wybrania się na zakupy po południu bądź wieczorem. Bajka.
Z niegorszym poziomem profesjonalizmu spotkałam się online. W sklepach internetowych z których korzystałam moje zamówienie zostało potraktowane priorytetowo, a wystarczyła tylko krótka uwaga przy zamówieniu, że proszę o szybką wysyłkę. Nie było najmniejszego problemu z przesyłką za pobraniem (w WB w ogóle taki rodzaj przesyłki nie jest dostępny w sklepach internetowych). Natomiast kurier doręczył mi je do rąk własnych, a nie tak jak to zdarza mi się notorycznie w Wielkiej Brytani zostawił koło drzwi/śmietnika, bądź w schowku na liczniki (czyli generalnie na dworze). Taki poziom obsługi klienta jest naprawdę zachwycający.

5.       Bieżące trendy w drogeriach.

                Sporo pozytywnych zmian zauważyłam także w naszych lubelskich drogeriach. Na półkach obok kosmetyków znanych marek pojawiły się liczne naturalne produkty. Dziś nie ma problemu po sięgnięcie po kosmetyki z naturalnym składem. A pomyśleć, że jeszcze trzy lata temu musiałam przeszukać całe miasto wzdłuż i w szerz żeby znaleźć maskę do włosów babuszki Agafii :P Kolejnym zaskoczeniem jest wysyp lakierów hybrydowych. Dosłownie wszędzie znaleźć można marki oferujące w swoim asortymencie lakierki we wszystkich kolorach tęczy, a do tego specjalistyczne produkty na skórki, bądź pyłki do wykonywania zdobień. Przyznam się Wam, że uległam hybrydowej manii i zakupiłam sobie zestaw startowy do hybryd. Ale o tym kiedy indziej. Mimo, że uwielbiam brytyjskie drogerie, te trendy nie są tutaj tak widoczne. Porządnego zestawu do hybryd można by ze świecą szukać, natomiast naturalne produkty najłatwiej znaleźć w specjalnych sklepach.

                A żeby nie było tak pięknie kilka słów o tym za czym w ogóle nie tęskniłam, a co niestety w naszym społeczeństwie i pieknym kraju się nie zmienia.

1.       Niebezpieczne drogi i przejścia dla pieszych, brak kultury kierowców.

Człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego, a dla mnie jedną z super pozytywnych rzeczy w Wielkiej Brytanii jest poczucie bezpieczeństwa na drodze, zarówno w roli pieszego jaki i pasażera pojazu. Nie wiem jak to jest możliwe, że Brytyjczycy są dla siebie tak uprzyjmi na drodze, nie mają problemu z ustąpieniem pierwszeństwa, zwolnieniem, uprzejmym gestem w postaci kiwnięcia głową, bądź machnięcia ręką jeśli ustąpi im się na drodze, bądź sygnalizowaniem, że ustępują Tobie. A Polacy ...coż tutaj każdy musi być pierwszy, każdy się spieszy, nikt z nikim się nie liczy. Kierowca nawet nie udaje, że zwalnia przed  przejściem dla pieszych, a nie zawaha się użyć klaksonu na przechodnia przez takowe przechodzącego (sic!!!).  Byłam nawet świadkiem potrącenia przechodnia na przejściu dla pieszych!!! To jest po prostu przerażające. W Wielkiej Brytanii kierowcy zatrzymują się na kilkanaście metrów przed pieszym i pozwalają człowiekowi przejść spokojnie nawet w miejscu niedozwolonym. I to jest norma. Bo wierzcie mi albo nie (osobiście potrącona na przejściu dla pieszych) pieszy nie ma większych szans z autem. Mieszkając tam ponad 2,5 roku widziałam mniej kolizji drogowych niż w ciągu 2,5 tygodniowego pobytu w Lublinie. Kilkanaście razy musiałam uciekać przed rozpędzonym autem przechodząc przez przejście. To bardzo smutne i przerażające.
Źródło zdjęcia:pixabay

2.       Zdystansowani i zestresowani ludzie.

Mieszkając ponad dwa lata w Wielkiej Brytanii przyzwyczaiłam się już do pozytywnego podejścia do życia mieszkańców Wysp. Uśmiechów na powitanie. Hi. How are you? Are you ok? Gdy ktoś zobaczy, że idzies po ulicy smutna. Służenia pomocą i cierpliwością w momencie gdy nie znasz jakiegoś słówka po angielsku, albo trudno jest Ci coś wytłumaczyć. Przepraszania i dziękowania za dosłownie najdrobniejszą uprzejmość. Te wszystkie miłe gesty i small talks naprawdę skracają dystans między ludźmi i sprawiają, że czujemy się lepiej we własnym towarzystwie. Tutaj w pracy nikt się nie spieszy, nikt nikogo nie pogania, nie beszta, ani nie stresuje. Zwłaszcza przy klientach.  Natomiast wracając do Polski znów na ulicach zauważyłam ogromny dystans ludzi wobec siebie. Każdy wymaga od Ciebie wszechwiedzy i perfekcji.  Tutaj mało kto się do nas uśmiechnie, mieszkańcy wydają się zatroskani, strapieni. Pani w spożywczym, warzywniaku czy z radio taxi odburkie w nieprzyjemny, bądź nawet chamski sposób (bo akurat wyleciało Ci z głowy słówko przystanek autobusowy:P alo nie wyliczyłaś dokładnie reszty). W kolejce do kasy w supermarkecie ktoś  wjedzie w Ciebie wózkiem i nawet nie usłyszysz przepraszam. Czekając na obiad w knajpie zobaczysz jak szefowa niewybrednie beszta swoich pracowników, by pracowali szybciej, albo (o zgrozo)dlatego, że pomylili zamówienie na miejscu z tym na wynos. Takie podejście jest bardzo przykre.

3.       Cebulactwo w samolocie i na lotnisku.

Wiem, że ten podpunkt sam w sobie brzmi bardzo negatywanie, ale zachowania niektórych podróżujących w inny sposób nie potrafię opisać, a to co przytrafia mi się na polskich lotniskach, bądź w samolotach nie ma porównania z żadnym innym krajem.
Otóż tzw. cebulactwo zaczyna się już na lotnisku. Wystarczy, że podróżni usłyszą, że lot został wywołany i pędzą po stopach innych ludzi pchając się niemiłosiernie, bo przecież jest kolejka, więc trzeba być pierwszym. Nie chcę nawet wiliczać ile to razy zostałam popchnięta, podeptana czy potraktowana „z walizki” na naszej rodzimej ziemi. Podczas ostatniego lotu, jakaś, na oko 50 latnia kobieta, przeszła samą siebie niemal tratując mnie i mojego chłopaka, tylko po to, żeby stanąć przed nami w kolejce (a tylko nadmienie, że na lotnisku są specjalne taśmy, służące temu by pasażerowie ustawiali się jeden za drugim). Następnie zaczęla panikować, że jej (najwyraźniej bardziej obyta) córka nie poszła w jej ślady i nie stoi tuż za nią. Tym sposobem utknęła w środku kolejki, a oddzielona od córki, panikowała, kręciła się w kółko, popychając i depcząc ludzi do okoła. Skończyło się tak, że czekała kilkanaście dobrych minut, aż córka skończy odprawę. I po co było się przepychać? Uwierz mi samolot bez Ciebie nie odleci, nawet jeśli jesteś ostatnią osobą do odprawy.

Niestety w samolocie wcale nie jest lepiej. Nie wiem dlaczego, ale tylko podróże do Polski wiążą się z obecnościa pijanych, bądź co najmniej wczorajszych pasażerów na pokładzie. Dodatkowo mam jakieś wyjątkowe „szczęście”, że taki „delikwent” siada koło mnie siedzenie w siedzenie. Znoszenie alkoholowego odoru przez blisko 3 godzinny lot (gdzie nie ma miejsca, żeby się wykręcić, a dostęp do świeżego powietrza jest ograniczony), to jedno z najgorszych doświadczeń podróżnika. Jeśli dodatkowo taki ktoś wyciąga skrzętnie zapakowaną w folię aluminiową, aromatyczną kiełbasę, albo kanapeczkę, bądź co gorsza kontunuuje spożycie procentów na pokładzie, wiem już, że mój lot niewiele będzie miał wspólnego ze spokojem. Koniec, końców ośmielony spożytymi trunkami pasażer w większości zaczyna pijacką gadkę i to jest prawdziwy koszmar. Cóż pewnych osób, bądź nawyków nie zmienisz, jednak jeśli nie musisz, nie pij przed lotem.
Źródło zdjęcia:pixabay

Miłośnicy muzyki i filmu oglądanego...bez słuchawek. Nie zrozumcie mnie źle, jestem jak najbardziej za tym, żeby umilać sobie lot wszelkimi możliwymi sposobami, a komputer, tablet czy laptop są do tego świetnym narzędziem...pod warunkiem, że masz słuchawki. Uwierz mi nie każdy pasażer chce słuchać muzyki z twojego sprzętu, ani przysłuchiwać się filmom, które oglądasz. Na pokładzie jest znacznie więcej osób niż ty, wśród nich podróżujący z małymi dziećmi, zmęczeni pracą, źle znoszący podróż, tacy, którzy chca się przespać bądź przeczytać ksiązkę. Zupełnie nie rozumiem jak można nie zauważać tak oczywistych rzeczy.
I na koniec. Klaskacze i pierwsi do wyjścia. Samolot to nie autobus PKS lub MPK. Nie trzeba wstawać na kilka metrów przed przystankiem. Zupełnie nie mogę pojąć dlaczego podróżni z Polski wstają w momencie gdy samolot zetknie się z płytą lotniska (bądź jak tylko skończą klaskać, klaskania nawet nie komentuje) i od razu sięgają po bagaże. Wiele razy byłam świadkiem tego, jak przerażone taką sytuacją stewardessy nerwowo biegają po pokładzie i proszą o ponowne zajęcie miejsc. To jest najzwyczajniej w świecie niebezpieczne. Nie raz przez zamieszenie z ponownych chowaniem bagażu i usadzaniem na miejscach, traciliśmy dobre pół godziny. Wcześniejszym wstawaniem z miejsca nic nie zyskasz, możesz jedynie stracić mnóstwo swojego i innych czasu ( i nerwów). Podobnie jak z wsiadaniem, zawsze zdążysz wysiąść z samolotu.
Źródło zdjęcia:pixabay

I to by było na tyle. Mimo tych paru minusów, mój pobyt w domu uważam, za bardzo udany. Okropnie tęsknie za tym miejscem i im dłużej tam jestem tym bardziej chcę zostać. 

Źródło zdjęcia:pixabay
Gratuluje wszystkim, którzy dotarli do końca tego wpisu. Dajcie mi znać co Wam najbardziej podoba się i nie podoba w naszym rodzimym kraju. Zwłaszcza jeśli mieszkacie za granicą.

Pozdrawiam serdecznie
Joanna


Dziękuję za każdy like, udostępnienie lub komentarz - to bardzo dużo dla mnie znaczy, a także pozwala mi odnaleźć moje czytelniczki i odwiedzić ich blogi. Za każdą Waszą aktywność staram się odwdzięczyć :) Jeśli chcesz, żebym odpowiedziała na Twój komentarz zostaw komentarz z opcją replay, w innym przypadku nie zawsze mam możliwość odpowiedzi. Dziękuje :)

You Might Also Like

2 komentarze

Najnowsze wpisy

Szukaj w tym blogu

Blog Archive

POLUB MNIE NA FACEBOOKU