Recenzja książki Skin coach Bożena Społowicz. O co tyle krzyku w blogosferze?

15:37:00

15 lutego 2017 roku na półkach księgarń pojawiła się książka pierwszej i jak na razie jedynej trenerki zdrowej skóry w Polsce, nazywającej siebie samej skin coachem - Bożeny Społowicz. Książce towarzyszyła dość szeroka promocja w blogosferze (nie tylko urodowej, co ciekawe) i mediach społecznościowych (Instagram oszalał), dodatkowo znalazła się na wyposażeniu jednego z pudełek do subskrypcji (zręczny chwyt promocyjny). Pojawiło się mnóstwo recenzji, jedne wychwalające książkę pod niebiosa i deklarujące niemal ślepą wiarę w metody w niej prezentowane, inne negatywne bądź co najmniej zniechęcające  (i to na blogach profesjonalistów zajmujących się na co dzień pielęgnacją skóry). Na zakup książki nie zdecydowałam się od razu, po nieudanym doświadczeniu ze ”Szczęśliwą skórą” chciałam uniknąć rozczarowania. Im więcej recenzji książki, skrajnych emocji, blogowego boksowania pojawiało się w sieci tym bardziej byłam ciekawa o co właściwie tyle szumu. Dziś „wyskincoachingowana” przychodzę do Was z opinią o tej książce, która będzie inna od tych jakie do tej pory mogłyście przeczytać. „Skin coach” namieszał w mojej głowie na tyle, że oprócz książki przewertowałam Internet w poszukiwaniu zdania innych w temacie i z zamiarem stworzenia jak najbardziej wyczerpującej wypowiedzi.  Nad poprzedniczkami, które już zrecenzowały tą książkę mam taką przewagę, że mogę się odnieść do podnoszonych przez nie wobec Skin coach zarzutów. Zapraszam serdecznie.
Tytuł: Skin Coach. Twoja droga do pięknej i zdrowej skóryAutor: Bożena SpołowiczWydawnictwo: OtwarteLiczba stron: 288Cena: 44,90 zł (ok. 9 funtów) O czym jest ta książka?Książka składa się z 12 rozdziałów:1. Ode mnie dla ciebie – to wstęp, w którym autorka przedstawia siebie, swoje wykształcenie i dokonania zawodowe, ale także nawyki, delikatnie uchyla rąbka tajemnicy odnośnie stylu życia, swojej rodziny, przyznaje się nawet do błędów i wpadek pielęgnacyjnych. Po krótce pokazuje jaką drogę przeszedł jej sposób myślenia dotyczący dbania o siebie i jaki był środek do osiągnięcia tego celu.2. Skin coaching i koło skóry – tutaj autorka wyjaśnia czym właściwie jest skincoaching, oraz przedstawia nam podstawowe narzędzie swojej pracy czyli tzw. „koło skóry” wraz z ankietą, na podstawie której owo koło możemy sobie samodzielnie wypełnić. Ten fragment książki ma w sobie coś z elementarza do samodzielnego uzupełnienia, autodiagnozy. Pokazuje, że czytelnik jest częścią całego procesu, angażuje. Jest to też ta część książki, gdzie przewijają się elementy holistycznego podejścia do pielęgnacji skóry. Niestety w ten rozdział wkradło się kilka merytorycznych błędów, o których wspomnę później. Gdyby nie one to mogłabym powiedzieć, że rozdział ten spodobał mi się i znalazłam tu sporo przydatnych informacji, zaś koło skóry będzie dla mnie pomocnym narzędziem do oceny stanu mojej cery w przyszłości.
3. Poznaj swój rodzaj skóry – początek to opis budowy skóry, procesów w niej zachodzących itd. Trochę już zgłębiłam ten temat wiec średnio mnie wciągnął. Dalej Pani Społowicz przedstawia nam swoją typologie skóry opartą na genach i środowisku w jakim żyjemy. W kolejnym już poradniku stykam się z też negowaniem istnienia cery mieszanej i sama już nie wiem co o tym myśleć... Przedstawiona przez Skin coacha typologia jest jasno wytłumaczona i tworzy spójny obraz, który w jakimś stopniu mnie przekonuje. W tym rozdziale znajdziemy także test na podstawie którego same określimy jaki mamy typ skóry oraz zestaw mini porad co powinnyśmy, a czego nie powinnyśmy przy naszej skórze robić. Rozdział ciekawy, ale oparty głównie na ogólnikach.4. Piramida młodości – w tym rozdziale Pani Bożena przybliża nam budowę piramidy młodości skóry, pokazuje co powinno być podstawą pielęgnacji, a co dodatkiem. Dzieli się również kosmetycznymi poradami i trickami. Tematyka ciekawa, wiele przydatnych informacji zwłaszcza dla kogoś niezbyt obeznanego w temacie. Obawiam się jednak, że osoby, które pielęgnacją interesują się bardziej, a wciąż mają wątpliwości, mogą poczuć niedosyt (ja tak miałam np. z filtrami UV).5. Codzienne rytuały piękna – to już przełożenie wiedzy teoretycznej uzyskanej w poprzednim rozdziale na praktykę. Dla mnie ten rozdział jest najbardziej zaskakujący, niektóre porady są dość kontrowersyjne i nie do końca wyjaśnione, pojawiają się błędy logiczne np. z balsamami lub pilingami do ciała (o nich niżej). Tutaj znalazłam m.in. informację, że nie powinnam stosować kremu pod oczy na noc, kremu nawilżającego na noc do twarzy (w tym nawet po zastosowanym wcześniej pilingu enzymatycznym lub kwasowym) czy myć buzię mydłem. Mam otwarty umysł i każdą nowo poznaną poradę staram się zrozumieć, ale żeby to zrobić potrzebuję sensownego wyjaśnienia dlaczego coś czyimś zdaniem całe życie robię źle. Tutaj nie znalazłam satysfakcjonującej mnie odpowiedzi i dlatego teraz mam mętlik w głowie. Podobają mi się jednak rady dotyczące szczotkowania ciała oraz sposoby mycia włosów. Obie stosuje i widzę ich pozytywny wpływ na moje ciało.6. Kosmetyczka na detoksie – w rozdziale znajdziemy opis tego jak ograniczyć zawartość naszej kosmetyczki, toaletki, półki w łazience. Autorka podaje najbardziej znane, szkodliwe jej zdaniem substancje kosmetyczne jakich powinnyśmy unikać. Podaje też aplikacje internetowe, które mogą być pomocnym narzędziem przy czytaniu składu kosmetyków. Rozdział przydatny, ale znów za mało tego. Wśród szkodliwych substancji lecą SLSy, parafina, parabeny, talk. I kropka. Dla mnie mało tego, a dla Was?7. Twój Plan pielęgnacyjny – jeden z najdłuższych rozdziałów poradnika, dla mnie osobiście we fragmencie dotyczącym cery problematycznej najbardziej interesujący, chociaż plany dotyczące pielęgnacji cer z innymi problemami też z ciekawością przeczytałam (wiem, że część dziewczyn miała do tego zastrzeżenia). Autorka podpowiada nam w jaki sposób, to my konkretnie, już mające dostateczną wiedzę z zakresu skincoachingu, powinnyśmy dbać o swoją skórę. Podaje nam również konkretne produkty pielęgnacyjne, konkretnych marek. To jeden z rozdziałów książki, który był najmocniej krytykowany. Moje zdanie o polecanych produktach poniżej.8. Makijaż. Kropka nad „i” – tutaj znajdziemy produkty do makijażu dedykowane poszczególnym typom cer. Kolejny rozdział, który dla mnie osobiście nie jest zbyt odkrywczy, polecane marki w znakomitej większości już znam. Podoba mi się jednak to, że Pani Bożena odważnie mówi o szkodliwości makijażu i wspomina, że nawet ten mineralny może wysuszyć naszą skórę. Podoba mi się też to, że namawia do porzucenia makijażu, choćby na pewnie okres. A jednak mam zastrzeżenie i zapytanie do Was - jak Wam się widzi jedno z naczelnych przesłań skin coacha odnośnie makijażu - "uśmiech jest twoim najlepszym makijażem" (przesłanie Skin coacha str 11) w ustach osoby, która na wszystkich zdjęciach w książce ma starannie wymalowaną buzię?9. Kilka słów na koniec – to niejako podsumowanie książki i kolejna dawka motywacji. Bardzo podoba mi się list Justyna na końcu książki, mam wrażenie, że również jestem obecnie w czasie drogi na szczyt, której początku już nie widać, szczyt wciąż daleko, a ja muszę wierzyć, że idę dobrym szlakiem.10. Kuchnia kosmetyczna – tutaj znajdziemy kilka przepisów na naturalne kosmetyki i zasad odnośnie ich domowej produkcji. Jeśli liczycie na jakieś super zaawansowane receptury to źle trafiłyście. Tutaj m.in. kule do kąpieli, maseczka do włosów, piling do ciała.11. Skin coaching w pigułce – to bardzo króciutki rozdzialik traktujący o tym jak zagospodarować nasze zasoby, w tym finansowe, żeby skincoaching wprowadzić w życie. Autorka poleca podejście krok po kroku, który do mnie osobiście przemawia.12. Podziękowania – rozumie się samo przez się.Co mi się w książce podobało (oprócz wszystkich podanych wyżej przykładów)?Mówią, że książki nie należy oceniać po okładce, jednak to właśnie od strony graficznej „Skin coach” muszę zacząć. Poradnik pod względem estetycznym wybitnie się wyróżnia i osobom odpowiedzialnym za wydanie należą się wyrazy uznania i podziwu. Książka ma piękna okładkę, delikatnie welurową w wytłaczane, złote wzory. Przyjemnie bierze się ją do ręki, dotyka, przegląda. Super się prezentuje na półce z książkami i na zdjęciach na blogach. Dodatkowo kolorystyka spójna jest z tą na blogu Pani Bożeny, co moim zdaniem jest genialnym pomysłem i detalem spajającym dwa źródła przekazu. Wewnątrz kredowy papier, strony w kolorystyce nawiązującej do okładki, na części stron przepiękne, bardzo przemyślane zdjęcia. Przyjemne wrażenia estetyczne towarzyszyły mi za każdym razem gdy miałam styczność z książką. Taką dbałość o detale, szczegółowość, dokładność, staranie o stworzenie ze swojej pracy spójnego estetycznego mini dzieła, ogromnie podziwiam i bardzo cenie. A muszę przyznać, że sporo czytam, w tym książek z branży urody i często mam dużo zastrzeżeń do wydania właśnie.
Co nie podobało się blogerkom, a mnie tak, bądź nie do końca nie?„Motywacyjne gadki” – wiele dziewczyn recenzujących książkę narzekało, że zupełnie nie trafiają do nich motywacyjne słowa skin coacha, szukały faktów, badań, analiz itp., że to lanie wody, gadka o niczym, pustosłowie. Zastanawiam się więc po co sięgały po książkę, która już w samym tytule ma słowo „coach” i nawet przed jej otwarciem w 100% możemy być pewne, że takie „motywatory” się tam znajdą? Gdzie tu sens i logika? W moim odczuciu zwykłe niezrozumienie tematu. Jeśli obserwujecie mój blog to wiecie, że od lutego chodzę na zabiegi kwasowe dla skóry trądzikowej do kosmetologa. Jestem gdzieś w połowie drogi i momentami mam naprawdę tego dość. Uwierzcie mi na słowo, że latanie po mieście z naskórkiem odpadającym z twarzy, twarzą czerwoną jak burak, odmawianie sobie spotkań ze znajomymi, wyjść, słońca wiosną, makijażu, gdy wygląda się po prosu źle jest bardzo, ale to bardzo deprymujące. Przedostatni zabieg spowodował u mnie wysyp podobny do tego, jaki miałam przed terapią i tak była to chwila zwątpienia, zastanowienia się nad sensem tej zabawy, refleksji, że może to nie dla mnie, albo myśli, że u mnie to już nic nie zadziała. W tym momencie trafiła do mnie książka Skin coach, ze swoimi „motywacyjnymi gadkami” i wiecie co? Jakoś podniosła mnie na duchu, dodała otuchy, przyniosła wewnętrzny spokój. Wiem, że to może głupie i naiwne, ale właśnie w tym widzę potencjał całego tego skincoachingu.
Truizmy – słynne picie wody, wysypianie się ograniczenie stresu. Oczywiście jak w każdym poradniku pielęgnacyjnym tak i w tym pojawia się słynna wyliczanka tego co trzeba robić, a czego robić nie wolno by cieszyć się zdrowiem i urodą przez długi czas. Podoba mi się, że w książce te tematy nie są ograniczone do na okrągło powtarzanych haseł „pij dużo wody”, „wysypiaj się”, a autorka poświęca czas na krótkie wyjaśnienie co? jak? dlaczego? ile? i po co? Bardzo doceniam.
Minimalizm kosmetyczny – u mnie temat obecnie bardzo na czasie, bo niejako jestem do niego zmuszona przez zabiegi jakim się poddaje. Tutaj w przeciwieństwie do wielu dziewczyn muszę powiedzieć, że minimalizm jest mi bliski, sprawdza się u mnie i widzę pozytywne efekty stosowania mniejszej liczby produktów. Co więcej minimalizm w wersji Pani Społowicz, po lekturze choćby „Skóra fascynująca historia” wcale mnie tak nie przeraził, ani nie wydał mi się tak bardzo radykalny jak inni piszą.
Lokowanie produktów, polecanie produktów konkretnych marek –  o tą część podręcznika pielęgnacji było najwięcej pretensji na blogach. Moje zdanie – nie do końca zgadzam się z krytyką. Podobnie jak przy „Sekretach urody Koreanek” tak i tutaj powiem, że osobiście nie jestem przeciwna polecaniu konkretnych produktów konkretnych marek. Rynek kosmetyczny jest niezwykle bogaty i mając jedynie powierzchowną wiedzę o ich istnieniu, raczej nie byłabym w stanie znaleźć właśnie takich kosmetyków, które by były odpowiednie dla mnie. Polecenie czegoś wprost jest moim zdaniem ogromnym ułatwieniem i wręcz nie cierpię sytuacji, gdy ktoś poleca produkty zawierające taki, a taki składnik/składniki bez podania konkretnego przykładu. Z drugiej strony spora część z kosmetyków polecanych w Skin coach, to produkty, których samodzielnie nie kupimy, a możemy je zamówić jedynie w gabinecie po przeprowadzeniu konsultacji. Przemawia to na plus w tym sensie, że po konsultacji z profesjonalistą dostaniemy dokładnie takie produkty jakich potrzebujemy. Minusem będzie oczywiście ekstra koszt za poradę i potrafię zrozumieć frustrację dziewczyn, które kupiły Skin coach po to, żeby samodzielnie sobie kupić kosmetyki na podstawie załączonych planów pielęgnacyjnych.  
W książce polecane są jedynie drogie kosmetyki – fragment ściśle powiązany z tym co omówiłam powyżej. Dziewczynom nie podobają się ceny proponowanych specyfików. Ja nie do końca zgadzam się z krytyką z dwóch powodów. Po pierwsze ceny zestawu proponowanego dla mojej cery sprawdziłam sama. Zaczynają się one od ok. 20 zł, kończą na ok. 300 zł za jeden produkt. Najtańsza opcja dla skóry problematycznej to 337 zł, full opcja, ze wszystkim na co można się skusić to 1050 zł. Plus trzeba doliczyć koszt konsultacji, o czym napisałam powyżej. Nawet najtańszy zestaw, zakupiony jednorazowo to spory wydatek, jeśli jednak będziemy kupować produkty krok po kroku, w odstępach miesięcznych to wyjdzie 112, 33 zł przez 3 miesiące (w najtańszej opcji bez konsultacji). Tutaj wszystko zależy od zasobności naszego portfela. Po drugie sporo polecanych marek to specyfiki z jakimi do tej pory miałam styczność w gabinecie kosmetologa właśnie, dlatego nie dziwi mnie, że kosmetolog poleca produkty na jakich pracuje i których efekty działania obserwuje na co dzień. „Ciężkie pióro, toporny styl” - wiele osób narzeka, że niełatwo było im przebrnąć przez książkę, gdyż autorka pisze w nie łatwy sposób. Z tym też nie do końca się zgodzę Obecnie jestem ogromnie wciągnięta w tematykę pielęgnacji skóry, pochłaniam wszystko co stanie na mojej drodze żeby ją zgłębić. Jak wspomniałam wcześniej motywacyjne wsparcie Pani Bożeny trafiło w moim przypadku na podatny grunt. Książkę czytało mi się dość dobrze (denerwujące mnie elementy wskaże dalej) i całość ogarnęłam w dwa wieczory. A jednak zauważyłam, że Społowicz to nie koreańska przyjaciółka z jaką poszłybyśmy na kawę pogadać o kosmetykach jak np. Charlotte Cho z „Sekretów urody Koreanek”, to nie dowcipna i elokwentna Pani doktor ze „Skóra fascynująca historia”, to nawet nie delikatnie motywująca fascynatka naturalnej pielęgnacji ze „Szczęśliwej skóry”. W miarę czytania zauważyłam, że pomiędzy autorką, a czytelnikiem tworzy się dziwny dystans, tak jakby poczucie wyższości naszej skin coach, przemawianie bardziej w stylu guru urodowego. Pojawiają się coachennice, jakieś delikatne sekciarstwo, budowanie marki co nie do końca mi przypadło do gustu.A co nie spodobało mi się wcale?Błędy merytoryczne - jeśli dobrze poszukacie w sieci uda Wam się znaleźć recenzje „Skin coach” tłumaczące dokładnie błędy merytoryczne na które można natknąć się przy lekturze (m.in. o witaminie D – „polecam suplementację wit. D3 (…). Tej witaminy nie można dostarczyć z pożywieniem, bo jest syntezowana przez organizm pod wpływem światła słonecznego”(str. 35). Tutaj wkradł się błąd merytoryczny i logiczny za jednym zamachem. Łatwo możecie wstukać w google frazę ”gdzie znaleźć wit. D3”, żeby znaleźć źródła pokarmowe tej witaminy. Dalej na tej samej stronie czytamy „w dzisiejszym świecie wyjałowionego pożywienia niezbędne są według mnie probiotyki, które odbudują florę bakteryjną jelita cienkiego” – w google wstukujemy „flora fizjologiczna człowieka” bądź „flora bakteryjna jelita” i już widzimy gdzie, z czego składa się i gdzie ewentualnego odbudowania wymaga flora bakteryjna). Nie czuję się osobą kompetentną by rozwodzić się nad tymi błędami, bo po pierwsze można znaleźć bardzo dobre teksty na ten temat stworzone przez osoby mające profesjonalną wiedzę, sama zaś nie będąc specjalistą w dziedzinie kosmetologii i żywienia, specjaliście nie będę wytykać błędów. Powiem jedynie tyle te błędy niepokoją i podważają zaufanie do wiedzy autorki.
Błędy logiczne - niestety czytając kilkukrotnie nacięłam się na błędy logiczne (np. wspomniana wyżej wit. D, zalecenie porzucenia balsamów do ciała , w szczególności stosowania ich na noc, a następnie wśród przepisów na naturalne kosmetyki pojawia się balsam do ciała i rada by stosować go na noc- str. 130, podobnie z peelingami do ciała nie usuwają martwego naskórka, a „jedynie wygładzają i natłuszczają skórę”(s.135) ,a następnie wśród przepisów kuchni kosmetycznej znajdziemy taki na peeling „którego głównym zadaniem jest złuszczać zrogowaciały, martwy naskórek”(s.251). Nie znoszę błędów logicznych, zwłaszcza w poradnikach, wprowadzają one niepotrzebny zamęt, zamieszanie i wątpliwości.
Skin coach chcę, żeby wierzyć jej na słowo - najgorszym minusem książki jest dla mnie brak poparcia udzielonych porad argumentami/tekstami naukowymi lub chociażby zdjęciami poglądowymi. Oczywiście rozumiem, że to ma być coaching, a nie rozprawa naukowa, że treść książki podyktowała wiedzą praktyczną i doświadczeniem zawodowym, które ma ogromne znaczenie w pracy trenera zdrowej skóry ( i tak zgadzam się jest to ważniejsze niż wiedza teoretyczna), ale nawet takie teksty okrasić można by było zdjęciami dowodzącymi skuteczności prezentowanych w książce metod. A jednak w książce o skórze i pielęgnacji (a także na blogu Pani Bożeny, gdzie prezentowane są rezultaty skincoachingu – znalazłam dwa takie wpisy) nie zobaczymy ani jednego zdjęcia zadbanej, pięknej, wyleczonej (lub raczej wyskincoachingowanej) skóry (poza samą Panią Bożeną, co w miarę czytania staję się dość irytujące). Są listy od dziewczyn, opisy terapii krok po kroku (na blogu), ale dowodów, że to wszystko wydarzyło się na prawdę jakoś brak. Jako osoba, która ma problemy ze skórą już od lat, jestem dość odporna na „nagie” opisy cudownych ozdrowień chociażby z trądziku, reklamy, wpisy na blogach i dlatego nie potrafię ślepo uwierzyć w skuteczność skincoachingu.
Niedostateczne zgłębienie tematów – „Skin coach” aspiruje do miana książki o tematyce holistycznego dbania o siebie, tymczasem całościowo traktuje tylko temat pielęgnacji i to tylko skóry twarzy. Nie dowiemy się nawet za bardzo o tym jak pielęgnować nasze ciało. Gdyby moim problemem skórnym była np. nadwrażliwość skóry na ciele, to po lekturze (dowiedziawszy się o tym, że najlepiej odstawić balsamy i przerzucić się na szczotkowanie) byłabym ogromnie zawiedziona. Dla mnie ogromnym zawodem jest niedostateczne zgłębienie tematyki filtrów UV, czy choćby diety. Przykładowo w rozdziale o fast foodach i używkach wśród używek nie znalazłam np. kawy czy cukru, których nadmierne spożycie również naszej cerze dobrze nie zrobi.
Nieszczęsne angielskie makaronizmy i nowomowa – nigdy nie lubiłam ani makaronizmów w literaturze ani tym bardziej nowomowy, a od czasu, gdy mieszkam w Wielkiej Brytanii (gdzie Polacy posługują się nieszczęsną hybrydą „polangol”) po prostu nie mogę ścierpieć wciskania na siłę wyrażeń angielskich do naszego języka. Po co to komu? Czy nie mamy słowa „trener”, „uczennice”? Czy jakiś Anglik użył by polskiego słowa w swoim ukochanym języku angielskim nawet gdyby to było modne? Jestem przekonana, że nie, a im dłużej mieszkam za granicą tym dobitniej się przekonuje, że nie powinniśmy wstydzić się swojego języka, pochodzenia, ani kraju, a wręcz przeciwnie czuć się dumni z tego kim jesteśmy. Uwierzcie mi na słowo nie jesteśmy wcale gorsi od „tych z zachodu”, a emigracja skutecznie leczy kompleks pochodzenia.Brak formy grzecznościowej – może jestem czepialska, ale w książce strasznie irytuje mnie pisane „ciebie”, „ty”, „twoja” z małej litery. Nie jestem znawczynią języka polskiego i poprawności w stosowaniu formy grzecznościowej, a jednak pamiętam jak uczono mnie w szkole, żeby stosować dużą literę gdy zwracamy się do kogoś z bezpośrednim przekazem. Książka wydała mi się właśnie takim bezpośrednim środkiem wyrazu i za każdym razem gdy widziałam te małe literki, to jakoś tak było mi niefajnie i smutno. Dajcie znać co sądzicie w tej kwestii, bo być może przesadzam.  Skin coach – dla kogo książka?               Znalezienie grypy docelowej dla książki było dla mnie sporym wyzwaniem. Moje pierwsze wrażenie jest takie, że to jakby promocja usług kosmetologa, Pani Społowicz szczególnie i zaproszenie na konsultacje. Myślę, że spodoba się dziewczynom, które chcą rozpocząć swoją przygodę ze skórą u kosmetologa, bądź też są w trakcie terapii i potrzebują dawki motywacji, żeby nie zwalniać tempa. Fragmenty mogą spodobać się zwolenniczkom kosmetycznego minimalizmu oraz naturalnej pielęgnacji. Przede wszystkim zaś dla osób, które są w stanie krytycznie podejść do znajdujących się w książce błędów – wpadek i nie będą ich powielać w przyszłości. Poradnik nie nalży do tanich, moim zdaniem nie jest do końca wart swojej ceny (44,90 zł), dlatego jeśli bardzo chcecie przeczytać szukajcie go na promocji.
Skin coach- czy dla mnie?Osobiście po lekturze czuje ogromny niedosyt. Przede wszystkim nie jest to książka o holistycznym podejściu do urody na jaką czekam. Dotyczy w 90% pielęgnacji cery, innych treści jest za mało, zbyt ogólnikowo, niedokładnie, powierzchownie. Książka obiecuje rewolucję w podejściu do skóry, a tu klops - większość zagadnień była już mi znana. Książka niedokładnie wyjaśniając co i jak spowodowała dodatkowy zamęt w mojej głowie. Na plus przemawia ogromna dawka motywacji, proste a jednak dosadne przesłania dotyczące urody i podejścia do kosmetyków. Dowiedziałam się o paru nowych markach kosmetycznych. Chyba pora sięgnąć po jakieś bardziej naukowe źródła wiedzy. Jeśli takowe znacie polecajcie :-)
Uff… sporo tego wyszło ale i temat kontrowersyjny. Chciałam dla Was stworzyć jak najbardziej pełny obraz tej książki, bo wiem, że jest teraz na topie (bestsellery empik) i wiele z Was chciało by ją przeczytać. Mam nadzieję, że recenzja okazała się przydatna. Dajcie znać co sądzicie o tej książce. A może znacie coś godnego polecenia w temacie pielęgnacji holistycznej?Pozdrawiam serdecznie 




You Might Also Like

7 komentarze

Najnowsze wpisy

Szukaj w tym blogu

Blog Archive

POLUB MNIE NA FACEBOOKU