Projekt denko styczeń 2017.

14:11:00

Witajcie !
            Standardowo z lekkim opóźnieniem ląduje u mnie pierwszy w tym roku projekt denko. Tym razem mniejsza niż zazwyczaj liczba kosmetyków, pojawi się kilka perełek, dobrze znanych Wam produktów z tego bloga i niestety też trochę niewypałów. Zapraszam do obejrzenia moich zużyć zeszłego miesiąca.


     
       Zacznę od produktów, które już na blogu się pojawiły:
1. I po raz enty mamy dezodorant Nivea Pearl & Beauty, produkt, który najczęściej pojawia się w moich denkach i niezmiennie po niego sięgam. Pisałam o nim tutajtu oraz tutaj. 

2. O odżywce Garnier Ultimate Blends możecie przeczytać przy okazji mojego styczniowego wpisu dotyczącego pielęgnacji włosów – tutaj.  Produkt ten bardzo dobrze służy moim delikatnym, cienkim, suchym na końcach włosom. Po jej użyciu są dobrze nawilżone i cudownie miękkie. Włosy łatwiej się rozczesują i są dobrze dociążone. Bardzo polecam wszystkim posiadaczkom cienkich, delikatnych i suchych włosów. Kolejne opakowanie mam już w swojej łazience.

3. Wcierka Joanna Power Hair – o tej wcierce również pisałam dla Was w moim styczniowym, włosowym wpisie – tutaj. Z produktem łączyłam ogromne nadzieję, zwłaszcza w kwestii wypadania włosów, a niestety nie zauważyłam żadnych efektów działania jego działania. Wcierka nie wpłynęła u mnie w żaden sposób na ograniczenie wypadania włosów, ani przyspieszenie przyrostu. Aplikowana na skórę głowy powodowała okropne obciążenie włosy u nasady, widoczne już wieczorem w dniu mycia włosów. Jedyne co jest na plus w jej przypadku to świetnie zaprojektowana buteleczka, mała, lekka, poręczna z bardzo precyzyjnym aplikatorem. Dociera wszędzie tam gdzie ma dotrzeć. Dlatego buteleczkę zachowam na ręcznie robione wcierki, a do Joanna Power Hair nie wrócę.

4.  Olejek do ust Heatwave Lip Oil z limitowanej kolekcji od KIKO Summer Collection – o olejku od Kiko pisałam dla Was już tutaj, a było to, aż 8 miesięcy temu! Na tak długi okres wystarczyło mi jedno opakowanie olejku. Mój miał aromat kokosowy i muszę przyznać, że służył mi bardzo dobrze.  Niestety piękny aromat kokosa, gdzieś przy końcu się ulotnił, nakładany na matową pomadkę olejek nieco się zabarwił, a jednak piękne opakowanie kosmetyku, poza starciem literek na buteleczce nie zniszczyło się prawie wcale. Polecam ten produkt.
To tyle produktów, które już znacie, teraz czas na mój absolutny hit zimy czyli

5.  Skoncentrowany krem do rąk Palmer’s Cocoa Butter Formula z wit. E – od kiedy mieszkam w UK mam okropne problemy ze skórą dłoni, zwłaszcza zimą choć nie tylko. Z tego co znalazłam w Internecie dziewczyny opisują to zjawisko jako „alergia na zimno”. Problem jest dość poważny i bardzo uprzykrzający życie. Skóra dłoni maksymalnie się przesusza, zwłaszcza pomiędzy palcami, a następnie pęka, tworząc głębokie i bolesne rany. Czasem leje się krew, a zawsze wygląda to bardzo nieestetycznie. Mieszkając tutaj przetestowałam mnóstwo kremów do rąk, jednak dopiero Palmer’s przyniósł mi ukojenie i sprawił, że problem prawie całkowicie zniknął. Krem zawiera min. masło kakaowe, na drugim miejscu w składzie, dzięki czemu jest bardzo gęsty, bogaty i mocno nawilżający. Zapach kosmetyku jest intensywny i niektórych drażni, jednak w zamian za świetne działanie produktu można to przeżyć. Kosmetyk jest bardzo tani, zapłaciłam za niego ok. 2 funty, tym bardziej godny polecenia. Oczywiście mam kolejne opakowanie tego kremu.

6. Zapachem jaki najczęściej towarzyszył mi w styczniu był Modern Muse Le Rouge Estée Lauder. Absolutnie zakochałam się w tym zapachu. W moim odczuciu jest mieszanką zapachu czerwonej róży i słodkich owoców. Piękny, bardzo kobiecy i subtelny. Dla mnie idealny dodatek do czerwonej sukienki, którą założyłabym na szykowną randkę, albo kolację w restauracji. Myślę, że byłby dobrym prezentem na Walentynki.

7. Skin Republic maseczka w płachcie Q10 + Caviar – nawilżająca maseczka Skin Republic bardzo dobrze się u mnie sprawdziła. Świetnie nawilża cerę, pozostawia skórę gładką i promienną. Nie zostawiła po sobie żadnych nieprzyjemnych niespodzianek, jak to się wcześniej zdarzyło jej poprzedniczce z olejkiem z drzewa herbacianego – pisałam o tym tutaj.  Zakupiłabym ją ponowie, gdyby nie fakt, że jestem zmuszona ograniczyć swoją pielęgnację twarzy do niezbędnego minimum. Maseczka jest dość droga, bo jedno opakowanie kosztuje 5 funtów.

8. 100% pure szampon do włosów z miętą i wodorostami morskimi – kolejny u mnie produkt marki 100% pure czyli kosmetyków w 100% z naturalnych składników. Dwie próbki szamponu wystarczyły mi na tylko jedno umycie włosów. Szampon świetnie się pieni, ładnie pachnie, przyjemnie chłodzi skórę głowy. Nie zauważyłam zwiększonej objętości włosów. Jeśli popieracie kosmetyki wegańskie, naturalne i nie testowane na zwierzętach warto zainteresować się marką 100 % pure.

9. Żel pod prysznic Carex Shower Cream – żel ten uznaję, za średniaczka. Na jego plus przemawia fakt, że zbytnio nie wysuszał skóry, dobrze mył. Nie pachnie jakoś nadzwyczajnie, nie ma nadzwyczajnych właściwości nawilżających. Produkt ok, ale nie wiem czy sięgnę po niego ponownie.

10. Na koniec zostawiłam dla Was próbki podkładów mineralnych. Sięgnęłam po minerały po raz pierwszy od dobrych kilku lat. Wybrałam produkty marki Lily Lolo i Earthnicity. Zakupiłam zestawy próbek zawierające 4 kolory Lily Lolo i 3 kolory podkładu, korektor i puder wykańczający marki Earthnicity. Do gustu bardziej przypadły mi próbki Lily Lolo zapakowane w małe słoiczki. Aplikacja ich była łatwiejsza i nie rozsypywały się do około. Gorzej z Earthnicity – produkty zostały zapakowane w małe saszetki, które za każdym razem powodowały bałagan. W zamian jednak mogłam wypróbować korektor i puder wykańczający co przemawia na plus. Z całego zestawu wybrałam kolory Blondie z Lily Lolo i Porcelain z Earthnicity. Na niekorzyść obu przemawia bardzo słabe krycie, przy czym Earthnicity ma krycie znacznie lepsze niż Lily Lolo. Jeśli macie dużo, bardzo widocznych niedoskonałości to raczej nie będziecie zadowolone. Z produktem Earthnicity mam jeszcze ten problem, że na mojej skórze zdarza mu się wpadać w pomarańczowe tony. Z kolei na ich korzyść przemawia bardzo pozytywny wpływ na skórę, nie tworzą się na niej niedoskonałości. I tutaj znów wygrywa Earthnicity po którym moja skóra wygląda znacznie lepiej. Ogólnie podkłady mineralne są dość trudne w aplikacji i mają nienajlepszą wytrzymałość.  Moich oczekiwań nie spełniają. Bardzo chciałabym zmienić makijaż na mineralny, a jednak dalej się waham.   Jestem ciekawa jak Wy radzicie sobie z minerałami?

I to już koniec z moich zużyć zeszłego miesiąca. Pochwalcie się w komentarzach czy znacie te produkty albo chciałybyście spróbować?

Pozdrawiam

Dziękuję za każdy like, udostępnienie lub komentarz - to bardzo dużo dla mnie znaczy, a także pozwala mi odnaleźć moje czytelniczki i odwiedzić ich blogi.

You Might Also Like

3 komentarze

Najnowsze wpisy

Szukaj w tym blogu

Blog Archive

POLUB MNIE NA FACEBOOKU